piątek, 14 sierpnia 2015

To nie jest tak, że mam lepsze rzeczy do roboty... Po prostu rzadko mam coś ciekawego do powiedzenia.

A czasami mózg jest w stanie coś z siebie wypocić tylko na skrajnym zmęczeniu...


Tak wyszło, że zachciało mi się zarwać noc.
Kładę się po szóstej, mlask, mlask, paciu, mmm.
<kop, drap, kop, jeb>
Tajson sie drapie...
<Kop, Drap, Jeb, Kop, Jeb, Kop!>
Tajson się nieudolnie drapie...
<KOP, KOP, JEB, JEB, JEB, DRAP, KOP, JEB!!!>
Tajson się nie drapie...


Wstaję, a leżałam już dobre trzy minuty, patrzę - psem rzuca jak podpiętym do prądu - łapy, głowa, wywrócone oczy, dywan ze śliny.
W odruchu samozachowawczym udzielam pierwszej pomocy nowej wykładzinie i pieczołowicie wycieram pokłady śliny.
Później trzymam psa. Atak mija. To pewnie padaczka. Pewnie tak właśnie wygląda padaczka.
Wujek Google mówi, że to bardzo duży wysiłek dla organizmu, co tłumaczy hiperwentylującego się Tajsona.
Piszą też, że chory przez kilka minut po ataku jest całkowicie niepoczytalny. Szefu wstaje, z neurologicznym objawem podwijania
i ciągnięcia łap, robi kilka okrążeń po mieszkaniu, kładzie się na brzuchu, sika i wstaje. Krąży, przybija parę razy gwoździa z lustrem,
rozjeżdżają się łapki, dup na ziemię. Nie, nie! Nie wchodź na łó...!!! Za późno, pusty wzrok i leje w materac ile fabryka dała.
Schodzi i znów krąży, głową w lustro, chwila spokoju, stoi oparty o ścianę. Zero kontaktu, zero reakcji na mnie, czy jakiekolwiek komendy.
Podchodzi do fotela, podnosi nogę i daje tyle, że cała poduszka, którą podrzucam mu w ostatniej chwili jest ciężka i żółta.


W Ikei jestem na samo otwarcie, prosto od lekarza. 'Śniadanie wegetariańskie' jest naprawdę dobre,
tylko trzeba pamiętać o samoobsłudze i nie sterczeć przed barem jak kretyn.
Puszysty omlet z posmakiem bekonu i mini placki ziemniaczane z mini kosteczek ziemniaków zamiast puree.
Biorę dwie saszetki cukru z nadzieją, że zjedzony zadziała jak kawa. Rezygnuję w połowie pierwszej saszetki.
<Sypialnia> - Te materace są na dziale 'Pokój Dzienny'
<Pokój dzienny> - Znajdzie je Pani na kanapach.
<Kanapy> - One są chyba z działu 'Sypialnia'
- A mógłby mi Pan wyszukać to na stronie i po prostu podać numer regału?
- Nie chce Pani najpierw obejrzeć?
- Nie. Chcę iść spać.


O lustro. W sumie mogę kupić jeszcze lustro... Przecież i tak już nie zasnę. Znam siebie. Zasypiam w aucie.
W domu już nie zasypiam. Poza tym materac okazuje się dwoma oddzielnymi materacami zapasowymi do którejś z kanap.
Nie, nie chcę go oddawać. Chcę na nim spać. Teraz. Natychmiast. Zawsze.
W sumie ten poprzedni był niewygodny. Tajson wiedział, co robi.


Jest godzina dwudziesta. Nie. Nadal nie śpię. Czekam na pizzę, choć mam wątpliwości, czy mam fizycznie siłę ją pogryźć.
Z szafy patrzy na mnie zalotnie kask. Gdybym miała motocykl i dziś na niego wyszła, na pierwszym skrzyżowaniu wpadłabym jak nic pod rowerzystę.



Tak. Z księciem już wszystko ok. Odpoczywa. Oto książę :)



PAULINA

czwartek, 30 kwietnia 2015

Gdzie do cholery jest James Bond?!

Nie jestem feministką. Nie krzyczę, że wniosę sama lodówkę na ósme piętro, a wręcz odwrotnie. Ja krzyczę przeraźliwie, że dzisiejsi "panowie" przycinają sobie rozporkiem waginy, a ja sama muszę targać lodówkę.

Tak to bywa, że kiedy "wracasz na rynek", nagle pojawia się sporo starych lub całkiem nowych znajomych płci przeciwnej. W teorii prężą przed Tobą swoje muskuły i pawi ogon. W praktyce?
No właśnie...
W praktyce... zaczęłam przyglądać się temu, co sobą reprezentują wolni faceci od tuż przed trzydziestką aż do czterdziestki włącznie, choć "startowali do konkursu" i pięćdziesięciolatkowie.
Ci ostatni zawsze mieli problem z przyswojeniem informacji, ze ojca już mam.

Jednak wracając do sedna sprawy: Łódź, Polska. Mężczyźni w wieku 26-35 lat.
Usłyszałam wiele rzeczy (w tym kilka od moich kolegów), które zaczęły kształtować mój pogląd na to, że mężczyźni wyginęli. (Tzn założę się, że są, ale już od dawien dawna wyłapani przez sprytne kobiety. Uwikłani od lat w szczęśliwe związki!)
Co zatem usłyszałam od współczesnych "mężczyzn"?
... że bolą ich żylaki
... że lekarz zalecił im dietę bezglutenową i nie mają teraz krost
... że mieszkanie z rodzicami/mamą jest wygodne, bo ma się więcej pieniędzy na przyjemności
... że zaradność, to zarabianie pieniędzy, a nie umiejętność naprawy cieknącego kranu, bo przecież i do powieszenia półki na dwóch kołkach można sobie wynająć specjalistę i tak jest lepiej niż robić samemu
... że obsługa sprzętów typu wiertarka/flex jest dla ... "roboli", a praca fizyczna jawi się im obrzydliwa
... że schudniecie/zadbanie o siebie, to przesada, bo kobieta ma kochać za charakter, a nie za wygląd (ten sam kolega deklaruje, że nie umówi się z zaniedbaną/brzydką/grubą dziewczyną)
... że kobieta ma zarabiać minimum 3tys zł na rękę, bo on jej utrzymywać przecież nie będzie, ale ona jego to już nie jest taka zła opcja...
... że nigdy nie kupią mebli w Ikei, bo to trzeba samemu skręcać
Mam też ze dwóch dalszych znajomych, którzy choć typowo męski prace ogarniają wzorowo... nie ogarnęli podstawowych umiejętności miękkich, jak chociażby empatia czy podstawy kultury osobistej, jak nie pierdzenie ludziom w twarz (sic!).

90% powyższych tekstów skierowanych w moją stronę było, prawdopodobnie, próbą podrywu, co załamuje mnie potrójnie. Wszyscy zacytowani z jakiegoś powodu są singlami.

Kolorowa gazetka... otwieram, czytam pierwszy lepszy felieton, w którym Michał Piróg tłumaczy, iż "dzisiejszy mężczyzna nie musi prezentować sobą siły, bo już nie poluje na kobietę i nie porywa jej z wioski. Dziś męskie jest zarabianie pieniędzy i status społeczny."

Jaka zatem jest rola "dzisiejszego modelu mężczyzny" w domu? Podbieranie mojego lakieru do paznokci i piszczenie na widok ćmy? Kasłanie i filuterne machanie rączką, bo się nakurzyło?
A może to po prostu taka "męska" współlokatorka, która dzieli się kosztami?
Bo, kurde, naprawdę nie widzę zastosowania...

"W XX wieku, by mężczyzna mógł wziąć sobie żonę, musiał mieć własne lokum. Nie było mowy o mieszkaniu u rodziców w pokoju i kuchni, czy wprowadzaniu się do teściów."

Co będzie dalej? Czy my, kobiety, staniemy się nowymi samcami gatunku? Czy może jednak ta kobieca partia "mężczyzn" wyginie zapomniana w natłoku ewolucji.



*WKU i mamusia 

PAULINA


środa, 4 lutego 2015

"Nie mam głowy"

Może nie dosłownie.
Nie mam dziś głowy do niczego. I tak od ponad miesiąca. Bo z zasady jak się coś polepszy, to się popieprzy, choć niby jestem optymistką. Nie, no kurde, jestem!

Od paru tygodni wertuję oferty mieszkań. Jeśli mózg mógłby nas boleć, mój byłby już czerwony i opuchnięty.
Jak nie miałam fotografa, ani kogokolwiek, kto ma czas, chęć i podstawowe informacje o obsłudze lustrzanki, tak nie mam do dziś. Lampy do serwisu też nie zaniosłam, bo kredyt, bo jak tu wziąć najlepiej. Bo blok, czy kamienica? Ale musi być parter, bo mój psiudeł ledwo pokonuje tych kilka schodków. Są więc fajne mieszkania, na trzecim piętrze bez windy. No albo te na parterze, bez jakiegokolwiek ogrzewania. Albo też przyzwoite parterowe z własnym ogródkiem, za 4500zl za metr... Drugi raz nie dam się w to wpuścić. Inwestycja pod tytułem Julianów wystarczy mi za życiową lekcję. Syndyk wyprzedaje upadłe lofty u Scheiblera, ale po co mi 150 metrów na 3 poziomach, do tego z oknami na północ. Ciemność, widzę ciemność...
Do tego wymyśliłam sobie centrum z musowym sąsiedztwem parku. Gdzieś musimy chodzić postawić tę kupę na chodniku :) (Tak, sprzątam. Tak, on zawsze celuje w chodnik...)

Jako, ze mózg nie potrafi, boli mnie zatem głowa, która notabene jest żółta, bo fryzjerowi nie wyszło...
Ostatnio spóźniłam się o kilka godzin i ktoś zwinął mi sprzed nosa idealne mieszkanie. (Po tym  głowa bolała mnie jeszcze bardziej niż zwykle.)

Kiedy Maks nie jest chory, to zajmuje się umieraniem. W inne dni po prostu bolą go stawy. W jeszcze inne kibluję nockę, bo pies w klinice na obserwacji, a na dyżurze jeden lekarz. Czy żałuję decyzji? Ani trochę. On mnie kocha każdym swoim włoskiem :) Ot, po prostu doba mi się kurczy, a czasem wręcz cały tydzień.
Jeśli zatem akurat nie boli mnie głowa od ciągłego szukania mieszkań, ani rachunków u weterynarza lub nie boli mnie po prostu z czystej chęci wpełznięcia pod łózko i schowania się na chwilę przed światem, to zapewne boli z powodu koordynowania wielotygodniowego bazarku-zbiórki na inne psy, w tym Bezogosia, którego kiedyś pokazywałam, a który to chłopak jest moim podopiecznym.
Kto wygrał licytację, kto wpłacił, kto przesłał potwierdzenie, komu co na jaki adres, a ile będzie kosztować wysyłka. Tak, pod łóżkiem musi być cicho, spokojnie i całkiem wygodnie...

Wiecie, co mnie ratuje? (Poza zgaszonym światłem przy migrenie?) Zarwanie nocy z oczkami wpatrzonymi w ruchome obrazki w pudełku. Mam 3 kanały HBO i HBO OD (VOD, filmy na życzenie) i chyba tylko to mnie teraz trzyma przy zdrowych zmysłach.
Po prostu co za dużo, to niezdrowo.
Byle do wiosny! (przeprowadzki, kupna mieszkania, psa, który w końcu przestanie chorować etc.)
Mało Slow Life'owy ten dzisiejszy post...





PAULINA

sobota, 3 stycznia 2015

Materializm i minimalizm, a luksus



Ostatnio przyglądałam się tu i ówdzie dyskusjom i wpisom na blogach tematycznych.

Minimalizm jako taki ma na celu uwolnienie nas od przymusu posiadania, czy też pożądania i  kolekcjonowania - wiedzy, dyplomów, ubrań, sprzętów, tytułów, dzieł sztuki, kochanków, podróży.
Taka jest mniej więcej jego bardzo uogólniona definicja. Z pominięciem rozwoju duchowego oraz prostego, szczęśliwego i świadomego życia.

Co do tego drugiego, osoby nazywające siebie minimalistami mają jednoznaczne zdanie. W pierwszym - dzielą się na kilka grup. Są ci skrajni, których cały dobytek mieści się w niewielkim plecaku, ci, którzy hołdują znanym markom i nadmieniają dość często, że minimalizm oznacza luksus. I tak zwana "cała reszta" ;)

Pierwszą grupę podziwiam i jednocześnie pytam siebie "jak można tak żyć"? Druga za to bardzo mnie zastanawia. Tak, ekologia, wegetarianizm, minimalizm - to jest teraz modne. Cieszy mnie to, ale jak to bywa, gdy coś staje się mainstreamowe często zatraca swój pierwotny sens. Spójrzmy chociażby na wypaczenie Chrześcijaństwa (Katolicyzmu) jako takiego. Nie mamy wzmianek o tym, by Jezus walczył z in vitro, czy antykoncepcją. Nie mamy wzmianek o instytucji kościoła, o cenniku za sakramenty w ogóle nie wspominając.

Podobnie mam wrażenie, dzieje się z minimalizmem. Wielu autorów używa i używało już w dawnych czasach sformułowania, iż "minimalizm to luksus". Wyrwane z kontekstu można zinterpretować na różne sposoby, jednak w całości brzmiało to mniej więcej tak "minimalizm to luksus nie posiadania". Luksus otaczania się tylko tym, co piękne i użyteczne. Pokutuje stwierdzenie, że mając mniej, musimy otaczać się jakością. Jest to oczywiście jeden z nurtów, który akurat zupełnie nie pokrywa się z buddyjskim wyrzeczeniem konsumpcjonizmu. Właściwie nie ma jednej drogi, ale niektóre jawią mi się samooszukiwaniem i ślepym zaułkiem.

Zazwyczaj pożądamy przedmiotów, bo mają je inni.  I tak, czy gdyby nie Grace Kelly i Jane Birkin, Victoria Beckham miałaby całą kolekcję torebek Hermesa? A gdyby nie Victoria i jej podobne... czy kobiety na całym świecie pożądałyby tych toreb? Co jest takiego w nadgryzionym jabłku, które dla wielu wyznacza status społeczny?
Luksus nie jest metką.
Nigdy nie miałam iPhona, bo ma słaby aparat i zbyt mały wyświetlacz. Jabłko nie jest dla mnie luksusem, ale produktem mającym świetny marketing. Luksusem, który ja odczuję, będzie w końcu dobry aparat fotograficzny w telefonie komórkowym. I ni diabła mnie nie interesuje, któremu z producentów się to uda. Zapewne chętnie nabędę takie urządzenie i będę go często używać.
Kolejna pułapka... "Kupuję mniej, więc mogę sobie pozwolić na rzeczy drogie." Czy aby na powrót nie stajesz się własnością, a nie właścicielem owych drogich przedmiotów?
Czyli, de facto, wracasz do punktu wyjścia, kiedy to rządziły Tobą dobra materialne.
W jednej książce wspomniano, by kupić sobie kryształowe szklanki. Jasne, jeśli dla kogoś ma to jakiekolwiek znaczenie i nie będzie biadolić po ich przypadkowym stłuczeniu... Mam jednak wrażenie, być może mylne, że wielu z "tych minimalistów" hołubi swoje drogocenne skarby. Tak samo napędza koncernom zyski, tyle, że kupuje inne rzeczy. Wyjątkiem będą tutaj osoby, które faktycznie stać bez zmrużenia oka na torebkę za 10tys zł i nie są oni w żadnym stopniu związani z nią emocjonalnie. Gorzej ma się sprawa dla tych wszystkich markowych minimalistów, którzy nie mają przychodu na poziomie przynajmniej 30tys zł miesięcznie i dycha na torebkę nie jest dla nich "zwykłym pierdnięciem".

Chodzi mi przede wszystkim o to, że minimalista z założenia się nie spina. Nie pożąda rzeczy. Nie odkłada miesiącami na coś markowego, o czym nie może przestać myśleć, a na co jednak nie do końca go stać. Ktoś w dyskusjach gdzieś napisał jestem minimalistą, ale ja muszę mieć... (tu lista). Nie znajdowały się na niej takie rzeczy jak zmywarka, która wiele ułatwia przy dużej rodzinie, ale markowe gadżety. Czy minimalista musi? On już nic nie musi. Jest wolny. Oto jak ja rozumiem sens tego nurtu.

Minimalista może chcieć, czy mieć na coś ochotę, ale jeśli tego nie dostanie, to też dobrze. Mnm. kładzie nacisk na rozwój duchowy, podróż w głąb siebie i zwijanie Ego, zamiast jego rozwijania. O ile cenniejszą wiedzą będzie dla nas zrozumienie samych siebie, które da spełnienie i szczęście, niż kolejny dyplom i awans. No tak awans - mamy więcej pieniędzy. Czy jesteśmy szczęśliwsi? Przez pewien krótki czas. Później jest nam znów za mało, bo kupiliśmy droższe auto, większy dom. Znów potrzebujemy awansu i podwyżki. Jesteśmy tymi konsumentami, o których śpiewał Kazik.

W czasach klęski żywiołowej, czy wojny dopiero doświadczamy tej świadomości - bez ilu rzeczy możemy żyć. Nikogo nie nakłaniam do posiadania jednej pary spodni. Nie zrozumcie mnie źle.


Wrócę na chwilę do tak nadużywanego pojęcia luksusu. Dla wielu osób za tym słowem stoi cena i znana marka. Ja oddzielam tutaj owy luksus od tak zwanych zbytków tego świata. I tak są rzeczy, jak na przykład części komputerowe, gdzie zazwyczaj cena przekłada się na parametry techniczne. Bilet pierwszej klasy na samolot różni się zarówno ceną jak i warunkami od tego drugiej klasy. Tak samo jestem w stanie zrozumieć, że jeśli ktoś ma odpowiedni budżet i pół życia spędza w podróży, bo tego wymaga jego działalność, kupuje prywatny samolot z sypialnią, który wygląda w środku jak apartament.

Druga strona, to minimalistyczny snobizm. Kupujemy minimalistyczne umeblowanie do kuchni za cenę, która przyprawia nas o zawał serca. Wydaje nam się, że kupujemy niepodważalną jakość. Czujemy się oh i ach aż do momentu, kiedy trafia nas szlag, bo sąsiad ma coś o wiele lepiej wyglądającego i bardziej funkcjonalnego za 1/3 ceny. Co więcej jego meble wyglądają na droższe!
Żeby nie było, że zmyślam... to moja historia. Tak było trzy lata temu.
Byliśmy nowobogackimi snobami. Najdroższa podłoga, najdroższe meble, najdroższe sprzęty. Czy to nas uszczęśliwiło? Nie.
Ba! Nie mieliśmy szafki w łazience, ani blatu pod umywalkę bo wymyśliliśmy taką za 6tys zł i nie wyobrażaliśmy sobie nic innego!

Ktoś by powiedział - no przecież minimalizm - czekają, by kupić coś lepszej jakości!
To nie minimalizm, to materializm pełną gębą.
Przymus posiadania, uzależnienie od przedmiotów, a przede wszystkim uzależnienie od pieniędzy. Tak widzę niektórych współczesnych "minimalistów".  "Minimalistów", którzy muszą więcej pracować, bo muszą więcej zarabiać, by móc więcej wydawać... Bo jeden telewizor, ale nie mniejszy niż 60 cali. Jeden dywan, ale perski. I ok, jeśli stać ich na to bez najmniejszych wyrzeczeń. Na ogół, w naszych realiach, tak nie jest. I już widzę psa z przeziębionym pęcherzem, który właśnie idzie zrobić swoje na nowym Persie. Albo takiego dwulatka, który już bez pieluchy, ale jeszcze się zdarzy.

Co zrobiły minimalista z doszczętnie zasikanym dywanem? Pewnie wyrzucił bez żalu, bo to tylko przedmiot. Nawet jeśli ów przedmiot byłby nowy. Oczywiście istnieją pralnie z dezynfekcją, ale jeśli sytuacja się powtarza - dywan i jego ciągłe targanie do pralni staje się dodatkowym kłopotem i ciężarem.

Tu dla mnie tkwi różnica - snob musi, minimalista co najwyżej chce, ale snu z powiek mu to nie spędza. Snob odhacza kolejne osiągnięcia z listy "muszę mieć", minimalista cieszy się jak dziecko z byle pierdoły. Docenia małe rzeczy, uśmiech przechodnia, ławkę w półcieniu drzew, bawiącego się z dzieckiem psa. Snob zbyt pochłonięty jest rządzą zdobycia wysokiego stołka w firmie, najnowszego iPhona (uczepiłam się tych iPhonów, bo tutaj naprawdę za ceną nie idzie jakość), pozycji, sławy, tytułu doktora, który MUSI mieć. Minimalista się rozwija w tym kierunku, który sprawia mu przyjemność i pozwala na samorealizację. Od powodzenia nowej firmy nie zależy jego być albo nie być. Widzi więcej niż kariera i wypasiony dom w eleganckiej dzielnicy. Być może i kupi ten dom, jeśli akurat będzie to mógł zrobić bez większych wyrzeczeń, ale nie załamie się go tracąc. Jego siła tkwi w środku. Nie w samochodzie, czy meblach od projektanta.


Wrócę ostatni raz do tematu luksusu. Ktoś gdzieś napisał, że jego pojęcie zmienia się wraz z zasobnością portfela. Oczywiście nie sposób się z tym nie zgodzić, jednak czy nie jest to na powrót materializm i apetyt rosnący w miarę jedzenia?

"Niektórzy ludzie uważają, że luksus jest przeciwieństwem ubóstwa. 
Nie jest. 
Luksus jest przeciwieństwem wulgarności." 
Gabrielle Coco Chanel

I tak nic, co nie jest piękne, ani wygodne, nie może być luksusowe. Luksus to otaczanie się tym, co rozbudza nasze zmysły. Dla mnie jest to świat pisany zapachem. Każdy okres mojego życia miał swój zapach. Dziś wystarczy mi powąchać w sklepie konkretne perfumy, by przywieść na myśl dowolne wspomnienia. Pościel z satynowej bawełny skropiona ulubionymi perfumami. Wnętrze, które cieszy moje oko. Inspirująca książka na nocnym stoliku i możliwość zostania w domu w ulewny dzień. Stwierdzenie, że lecę na weekend gdzieś, gdzie będzie najbliższy lot i pojechanie tego samego dnia na lotnisko. Kaszmirowy sweter i cudownie miękkie skarpetki z angory (ok, właśnie przeczytałam jak powstaje... już nic z angory nie kupię...). I z drugiej strony jedwabna koszula nie będzie dla mnie akurat luksusem, bo ciężko ją wyprasować. Nie sprawi radości, ale kłopot. Tak samo własny basen w piwnicy domu, czy wanna SPA może być zarówno luksusem jak i utrapieniem, jeśli ani jednego, ani drugiego nie używamy, a trzeba to konserwować i czyścić.
Jednak w moim mniemaniu największym luksusem, jaki możemy sobie podarować, jest czas wolny od pracy i obowiązków, który możemy spędzić jak tylko chcemy.


PAULINA


piątek, 26 grudnia 2014

Jak oszczędzać pieniądze? Manifest. Moja wojna z konsumpcjonizmem



Mój Dziadzia Maksiunio leży słabiutki w klinice, więc siłą rzeczy muszę czymś się zająć...



Ten wpis planowałam od przedwczoraj, kiedy to zrobiłam podsumowanie skrupulatnie spisywanych wydatków za obecny miesiąc i doszłam do kilku zaskakujących wniosków.
Zacznijmy jednak od początku. Wielokrotnie próbowałam spisywać wydatki, bo masa osób mi to polecała. Jednak zazwyczaj po tygodniu się gubiłam, przerywałam, nudziło mnie to.

Nie ukrywam, że zainspirował mnie ten blog : http://jakoszczedzacpieniadze.pl/
Nie do końca zgadzam się z jego autorem, by szukać sklepów, w których jogurcik jest o złotówkę tańszy (no chyba, że kupujesz tych jogurtów 40 miesięcznie, wtedy ma to sens), jednak sam zapis wydatków miesięcznych jest genialną sprawą.

Zanim Was zanudzę, powiem tylko, że dzięki temu eksperymentowi odkryłam, iż miesięcznie przecieka mi przez palce ponad 260zł, czyli połowa mojej raty kredytowej. 
Interesujące, prawda? Mieć, a nie mieć.

Mam co prawda zapisy dopiero z jednego miesiąca, jednak już widzę masę błędów w efektywnym gospodarowaniu pieniędzmi.
Swoją listę, prowadzoną manualnie w zeszyciku, podzieliłam na rubryki:
jedzenie
chemia
kosmetyki
Maks+kot
apteka
ubrania
dom
palenie
opłaty
inne
i na końcu dochód.

Spisuję wszystko zaokrąglając kwoty do końcówki 50 groszy. Niewątpliwie pomaga mi w tym płacenie głównie kartą, bo ściągawkę ogólnych wydatków mam w historii na koncie. To jednak nie wystarcza, więc ze sklepu zawsze zabieram ze sobą paragony. Listę aktualizuję codziennie, by nie narobić sobie zaległości, które prowadzą na ogól do porzucenia projektu w cholerę.
Na koniec miesiąca staram się wszystko ładnie przepisać, przyjrzeć kwotom i podsumować. Np. pizza x3 90zł itd. Zbędne wydatki podkreślam. Jeśli coś kupiłam w promocji, też to zaznaczam: Collagen x 5 -30% 128zł. W ten sposób już widzę, co ze swoich stałych wydatków zakupiłam z maksymalną efektywnością wykorzystania pieniędzy, a gdzie, niewątpliwie, utopiłam gotówkę.

I tak w sekcji jedzenie pojawiła się pizza zamówiona z nieznanej restauracji - na grubym cieście, jakiego nie znoszę i z pomylonymi składnikami. 33zł - zjadł ją kot. Pół kilo szynki, która leży nie ruszona w lodówce od miesiąca - 24zł. Paskudna woda smakowa kupiona na mieście, bo chciało mi się pić - 5zł, wylana do zlewu.
I tak robi się nam 62zł wyrzucone do śmieci, czyli dwa bilety do kina, popcorn i cola. No ja bym wolała jednak iść do kina...

W sekcji palenie (tak, paskudny nałóg), jest jeszcze lepiej...
Odkąd poznałam kuzyna mojego ex, który palił tytoń, a nie kupne papierosy, przerzuciłam się na skręty. Nie ma porównania z jakością zwykłych "fajek". Te ostatnie cuchną i smakują jak palona dętka, a tytonie są smakowe, zapachowe... do wyboru do koloru. Nie mówiąc już o tym, że możemy sobie wybrać, czy wolimy ciemny Kentucky, czy jasny Virginia, a może jasny słodki - Burley. Najlepszy tytoń i nonszalanckie skręty wychodzi o wiele taniej niż budżetowe papierosy, a na co, jak na co, ale na nałóg nie mam ochoty wydawać majątku. Do skrętów, wiadomo, trzeba dokupić filtry i bletki (bibułki). I tu zaczyna się robić ciekawie...
Bletki OCB lub Mascotte kosztują w sklepie (w długiej wersji) 3,50 za opakowanie. Bletki innych, mniej znanych marek potrafią być po 1,70-2zł, a OCB kupowane w internecie po 2,20. Filtry OCB w takim InMedio kosztują prawie 6zł, w trafice 4,50. Identyczne i pewnie robione w tej samej fabryce filtry polskich marek - 1,50 za paczkę. Powiedzmy, że mamy zatem 1,30zł na paczce bletek i 3zł na paczce filtrów, co miesięcznie daje dodatkowe 50zł w kieszeni, a jedyne, co musimy zrobić, to zamówić zapas na cały miesiąc przez internet... Tak, 50zł wliczając w to nawet koszty wysyłki.

Kosmetyki - tu, jako prawdziwa minimalistka nie mam prawie nic, a moja skóra jest zachwycona.
Zakochana od dawna w Rossmanowej, wegańskiej, ekologicznej, certyfikowanej marce Alterra, regularnie kupuję w zasadzie tylko ich produkty. Niby mogłabym szukać, testować... Tylko po co, jeśli znalazłam swoje ideały.
Regularne zakupy, to zatem:
Żel pod prysznic Alterra
Szampon Alterra
Maska do włosów Alterra
Chusteczki do demakijażu Alterra
Raz na jakiś czas kupuję ich krem nawilżający na noc i mieszam go z kwasem hialuronowym, kolagenem i komórkami macierzystymi z Bingo Spa.
Olej kokosowy, którego używam jako balsamu, ale dość rzadko, bo odkąd mam ekologiczne produkty, już go nie potrzebuję, nabywam zazwyczaj na targach Natura Food, gdzie jest tańszy niż w regularnej sprzedaży.
Czasem też mam ochotę na sól z morza martwego, również z Bingo Spa. Błota używałam przez kilka miesięcy, ale kąpiel w brązowej kałuży jakoś mnie nie przekonuje...

Wracamy zatem do wydatków. Jako, że przelewam kosmetyki do ładnych, szklanych pojemniczków, a żel i szampon mają ten sam kolor i konsystencję, na ogół je myliłam. Wpadłam więc jakiś czas temu na pomysł, by kupować po prostu szampon z kofeiną. Pojemność 200ml, cena 9,50zł. Zużywałam ich miesięcznie ze cztery, pięć opakowań, czyli równowartość ok 48zł. Cały wic polega jednak na tym, że Rossmann marki własne wystawia regularnie raz w miesiącu w 40% promocji. Zatem zamiast 9,50 mamy 5,90. Zamiast 48zł mamy 30zł za 1000ml. Jeśli jednak wrócę do dwóch butelek na półce, koszta jeszcze bardziej się obniżą, bo żel pod prysznic w regularnej sprzedaży kosztuje 5,50zł za 250ml. W promocji chyba 3,90zł. Zatem kupujemy trzy szampony w promocji za ok 18zł i dwa żele pod prysznic w promocji za ok 8zł. Razem 26zł zamiast 48zł. Jedyne, co musimy zrobić, to raz w tygodniu sprawdzić sklep internetowy Rossnetu i pójść do sklepu w tygodniu promocji.
Keratyna Bingo Spa, którą mieszam z maską Alterry kosztuje od 58 do 80zł, w zależności od promocji, która jest w firmowym sklepie internetowym średnio raz na dwa miesiące.
Na kosmetykach mamy zatem w kieszeni 44zł.

Jeśli chodzi o domową chemię, to zawsze kupuję ręczniki papierowe z serii XXL. Nie wiedzieć czemu, ich cena w zależności od marki waha się od 8 do 20zł. Różnicy w jakości nie zauważyłam. Zaoszczędzić możemy również na płynie do mycia szyb, kafelków, luster (ja nim myję wszystko). Taki spray kosztuje ok 7zł za mniej więcej 500ml. Jeśli nie przeszkadza nam zapach octu, możemy kupić ekologiczny W5 w... Lidlu :) Litrowa butelka kosztuje bodajże 5zł, a po rozcieńczeniu 1 do 3 z wodą, wychodzą nam 3 butelki "sprayu", po 1,60zł każda. Jest to na tyle znikoma oszczędność, że ja wróciłam do płynów alkoholowych z marketu, ale kiedy miałam w domu non stop sikające psy, zużywałam płyny w ilościach hurtowych i jechałam na właśnie W5. Prawdopodobnie tak samo zadziała zwykły ocet, a półlitrowa butelka kosztuje pewnie złotówkę. Zapach nie jest piękny, ale to o wiele zdrowsza opcja. Największe stężenie zanieczyszczeń jest nie na dworze, ale... w naszych mieszkaniach! To samo z paskudztwami do czyszczenia kamienia z armatury, czy czajnika. Kiedy widzę potrzebę, idę do osiedlowego spożywczaka, kupuję dwie saszetki kwasku cytrynowego, po 1zł każda. Jedną wsypuję do czajnika i gotuję wodę. Drugą mieszam w niewielkiej ilości ciepłej wody w miseczce. Zmywak do naczyń, rękawiczki, 5 minut roboty i gotowe. Żadnych zbędnych butelek w szafce pod zlewem. Tu musicie sami przyjrzeć się swoim wydatkom, bo ja od dawna jadę na najtańszych Eko metodach.

O ubraniach pisałam w poprzednim poście. Wszystko, co nabyłam, było zakupione na kody rabatowe, w Mangooutlecie, czy promocji typu Black Friday. Wszystko ponadczasowe i opierające się chwilowym trendom.

Rubryka dom zazwyczaj jest pusta, chyba, że akurat zmieniamy wystrój - meble, poduszki, dokupujemy pościeli itp.

Maks i apteka... Akurat tak się składa, że oboje przyjmujemy stałe leki. Maksiol na brzuszek i stawy. I tak np jego witamina B1 bez recepty jest dostępna tylko w 3mg tabletkach, więc listek za 4zł wystarcza mu na 3 dni. Miesięcznie jest to 40zł. Ta sama B1 w dawce 25mg, czyli wersja na receptę jest również w cenie 4zł za listek, jednak wystarcza nam na cały miesiąc. 36zł na witaminie, jeśli tylko pójdziemy po receptę do lekarza. Sama biorę leki, pod które mam prawo dostać podkładkę od specjalisty, uprawniającą mnie do recepty odpłatnej tylko za 30%. Wówczas receptę ze zniżką może już wypisywać lekarz pierwszego kontaktu. Tak z 80zł miesięcznie robi się 24zł. Zawsze warto tez prosić lekarza o przepisywanie najtańszych odpowiedników danego leku.
Innymi słowy ja i Maks możemy oszczędzić 92zł/mc na lekach.

Opłaty... Tutaj warto przyjrzeć się naszym abonamentom TV/Internet/Telefon. Nie będę Wam radzić brania prysznica zamiast kąpieli, bo NIE CHODZI MI O OBNIŻENIE JAKOŚCI ŻYCIA, ALE O POZBYCIE SIĘ ABSOLUTNIE ZBĘDNYCH WYDATKÓW.
Ja na przykład zmieniłam wraz z końcem umowy operatora i mam o 15zł niższe rachunki za telefon przy dokładnie takich samych warunkach.
TOYA w pakiecie TV/Internet daje jakieś dodatkowe usługi, które mamy pierwszy miesiąc za darmo, a później... musimy iść osobiście do biura abonenta, by je odłączyć. Wiedzą, co robią, bo komu będzie się chciało iść obniżyć ten rachunek o 10-12zł w skali miesiąca.
Sama mam 90 kanałów plus dodatkowo pełny pakiet HBO wraz ich VOD, czyli HBO GO i HBO OD. Umowę mam od kwietnia, na rok... Jeszcze nigdy nie zdarzyło mi się skorzystać z innego kanału tv niż HBO, za które płacę osobny abonament. W marcu zamierzam przejść na najniższy z możliwych abonamentów tv tylko po to, by mieć możliwość korzystania z vodów HBO. To o kolejne 20zł/mc mniej.  A może pewnego dnia w ogóle zrezygnuję z telewizji? Tyle jest portali z filmami i serialami online.
Oszczędności miesięczne od marca 2015 w stosunku do września 2014 na abonamentach tv/tel/internet - 45zł.

W sekcji inne powinno znaleźć się jak najmniej pozycji - benzyna, taksówki, prezenty urodzinowe dla bliskich, książki.
A co do płyt CD - od dość dawna ich nie kupuję. Sprzedałam te, które miałam. Zamiast tego, ponieważ muzycznie nigdy "nie mam się w co ubrać", przerzuciłam się na składanki, które podpowiada mi Youtube... Dzięki temu codziennie odkrywam jakiś nowy, fajny kawałek, a AdBlock załatwia sprawę zachęcania mnie do kupna najnowszych Pampersów przed każdym utworem.


Nie zachęcam Was do stania się "skrobidupkami", odkładania każdego grosza w skarpetę, jeżdżenia po 2gr tańsze masło na drugi koniec miasta. Ani do cerowania skarpet, bo godzina Twojej pracy, którą poświęcisz na łatanie dziur kosztuje o wiele więcej niż nowe skarpetki. Nie zachęcam do zamiany auta na jazdę tramwajem, a skórzanej torebki na "skórzaną"foliówkę z bazaru.

Nie, nie i jeszcze raz nie! Zachęcam jedynie do sprawdzenia, jak bardzo dajemy się "robić" koncernom, reklamom, telemarketerom i telewizji... konsumpcjonizmowi jako takiemu.



Czy zazwyczaj myśleliście tak, jak ja? Oj tam, no dobra, oszczędzę te 20zł miesięcznie na abonamencie, czy kosmetykach... 20zł mnie nie zbawi! To tylko 20zł, co za różnica, czy mam, czy nie.
Dopiero ten bilans uświadomił mnie jak bardzo się myliłam. Bo to nie jest jedno dwadzieścia złotych... To jest tylko mniej więcej 250-260zł... ale to tak, jakby Święty Mikołaj zaczął płacić mi połowę kredytu. I pokażcie mi kogoś, kto nie schyli się po taką sumę leżącą bezpańsko na chodniku.



Nie wyglądajmy tak:





PAULINA

czwartek, 25 grudnia 2014

Projekt "Szafa" minimalistki

Przygodę z minimalizmem zaczynamy zazwyczaj od książek i zazdrości, że u znajomych to taka przestrzeń i świetnie się u nich odpoczywa, a u nas jakoś tak nabzdziulone... Że jak trzeba wytrzeć kurze, to szybko znajdujemy coś innego do roboty, bo tyle tego wszystkiego.

No i szafy... nie mam się w co ubrać i nie mam gdzie schować. Poza tym jest tak napchane, że w sumie nie wiem, co mam. Ja ostatnio znalazłam świetne, czarne sandałki... Podobne zamierzałam na lato kupić.

Zaczynamy więc sortować, przeglądać, porządkować i wyrzucać, wydawać, wystawiać przed dom, przed osiedlowy śmietnik... I jeszcze raz wyrzucać. Jednym, tym odważniejszym, zajmuje to kilka miesięcy, innym nawet kilka lat. Szafy - pomieszczenie po pomieszczeniu, durnostojki na komodach i parapetach, a później strychy i piwnice. A jaką dziką radość niesie owo wyrzucanie! Uwalniamy się w końcu od wyrzutów sumienia w postaci "kupiłam pięć lat temu, było drogie, ale to były fatalnie wydane pieniądze". Wywalamy, nie ma, zapominamy. Im mniej mamy, tym więcej rzeczy używamy, bo w końcu nic nie leży na dnie i wszystko jest pod ręką - tak samo moje zapomniane, czarne sandałki, jak Twój blender do zup i koktajli.
Wywalamy teczkę z kartonami, bo nie rysujemy od ukończenia studiów... Notabene znienawidziliśmy ów rysunek na tychże studiach. Wyrzucamy książki, do których nigdy nie wrócimy.

Wyrzucamy wszystko, czego nie odkupilibyśmy sobie po spłonięciu domu, czy nie kupilibyśmy, gdybyśmy teraz właśnie mieli to nabyć. Zapłaciłabyś znów za ten żakiet 199zł? Kupiłabyś go teraz? Zabrałabyś go ze sobą, gdybyś musiała wyjechać na pół roku do pracy do innego kraju?

Nie? No to już wiesz, co z nim zrobić - sprzedać na Allegro, oddać biedniejszym, oddać na psie bazarki, a może po prostu położyć koło śmietnika i zrobić tym samym prezent komuś nieznajomemu. Nie oszukujmy się, nigdy nie odzyskasz już tych 199zł, ale błędy są nam potrzebne. Bez nich nie bylibyśmy dziś tu, gdzie jesteśmy. De facto - nie byłoby nas!


By nie pozostać przy teorii, chciałabym pokazać Wam efekty mojego projektu "Szafa", który zaczęłam miesiąc temu. Z dwóch szaf o łącznej długości 180cm i trzech koszy z sezonowymi ubraniami przeszłam do jednej szafy 117cm i jednego kosza z rzeczami wystawionymi na Allegro.

Mam wrażenie, że moje mieszkanie zyskało dodatkowe pięć metrów podłogi :)
W nowej szafie jest miejsce na żelazko, pościel, ręczniki, dodatkową poduszkę, deskę do prasowania i koc. Mieści wszystkie moje ubrania - na wszystkie sezony.




Spójrz teraz na pierwsze zdjęcie... na mnie, na pierwsze zdjęcie... Nie, nie siedzę na koniu, ale... nie kupuj mebli w Jysku ;)




PAULINA